Paprykowy Sylwester

Przyznaję, w drugi dzień świąt degustowaliśmy naleweczki, pamiętam - w Zosinie przy kominku, kieliszek - najwyżej dwa (każdej). Ale jak to się stało, że dwudziestego ósmego grudnia obudziliśmy się na dworcu Keleti w Budapeszcie, tego pojąć nie mogę...

Na szczęście Ewelinka wszystko mi wytłumaczyła. Podobno plan był taki, aby pojechać na Węgry, do Sylwestra poszwendać się po Budapeszcie, a potem zrobić rundkę po północy kraju. Oczywiście nie śmiałem protestować, odważyłem się jedynie napomknąć cichutko o degustacji węgierskiej kuchni i win.

Wróćmy jednak do Budapesztu. Pierwsze wrażenia sprawiły, że poczuliśmy się jak w domu: chaos na dworcu, rozkopane centrum i budowa kolejnej linii metra (już czwartej). Drobne niedogodności nie przysłoniły jednak uroku miasta. Dla nas Budapeszt to tysiące kamienic (w większości podgryzionych zębem czasu), spacery brzegiem Dunaju, widok na i ze wzgórza zamkowego, dziesiątki zdjęć parlamentu, z których musieliśmy wybrać jedno, wieczorne partyjki wista przy czerwonym winku, świąteczny tramwaj i poranna mgła nad rzeką.

Sylwester. 31 grudnia w Budapeszcie organizowane są wyścigi konne, na które tłumnie schodzą się mieszkańcy miasta (jest to okazja aby spotkać się ze znajomymi i złożyć sobie życzenia). Skoro mieli być tam wszyscy, nie mogło też nas zabraknąć. Zdążyliśmy na ostatnie gonitwy i pokaz sztucznych ogni. Impreza skończyła się około 20.00, więc popędziliśmy do centrum spędzić sylwestra w międzynarodowym towarzystwie. Niestety impreza na starówce nas rozczarowała. Zabrakło organizacji, myśli przewodniej, a przede wszystkim - pokazu sztucznych ogni. Tysiące ludzi odliczających ostatnie dziesięć sekund roku, ściśniętych na mostach i nabrzeżu Dunaju, a potem... cisza - bezcenne :). Morał: jak się bawić - to tylko z tubylcami.

W pierwszą objazdową wycieczkę wybraliśmy się przez Sentendre do Wyszehradu. Sentendre to wzorcowe stare miasteczko, które nam będzie się kojarzyć z intrygującym pomnikiem wielkiego palucha. W Wyszehradzie zwiedziliśmy słynny zamek oraz załapaliśmy się na lokalny festyn z grzanym winkiem i turniejem rycerskim w tle.

Później był Eger - miasto, znane wszystkim znawcom taniego wina, czyli Byczej Krwi. Pomijając wino, winnice i wielkie piwnice, w których to wino przetrzymywano, Eger może pochwalić się jeszcze zabytkową starówką, jednym minaretem oraz zamkiem.

W Górach Bukowych spędziliśmy tylko dwa dni. W Szilvasvarad pojawiliśmy się wczesnym rankiem i od razu ruszyliśmy góry. Pierwszego dnia wspięliśmy się na szczyt Istallosko (prawie 1000 metrów). Po drodze minęliśmy stacje kolejki wąskotorowej, która zimą nie jeździ, mały zwierzyniec z jelonkami w rolach głównych, najpiękniejszy węgierski wodospad (pod warunkiem, że akurat nie odłączyli dopływu wody), oraz jaskinię Istallosko. Wspinaczka zajęła nam półtorej godziny, prawie cały czas szliśmy pod górę pięknym bukowym lasem. Zimą był szczególnie uroczy: drzewa wydawały się być jasnoniebieskie, gałęzie uderzały o siebie stukocząc bez przerwy, ścieżkę miejscami pokrywa gruba warstwa liści, więc mogliśmy poszeleścić do woli. Zasłużyliśmy również na dodatkowy bonus: mgła która towarzyszyła nam cały dzień 50 metrów pod szczytem zamarzła, a wszystko wokół pokryły małe lodowe igiełki :). Z tych dwudziestu minut zimy cieszyliśmy się jak dzieci. :)

Drugiego dnia postanowiliśmy przejść się spacerkiem do sąsiedniej wioski Belapatfalva zahaczając o szczyt Belko. Wycieczka była przyjemna, przyroda tradycyjnie zachwycała, widok z góry był oryginalny.

Miszkolc był ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy. Przewodnik zdecydowanie odradzał zwiedzanie tego "nieciekawego miasta". My jednak koniecznie chcieliśmy zażyć kąpieli w łaźniach wykutych w jaskiniach. Wieczorem właściciel hoteliku przekonał nas, że warto również poświęcić trochę czasu, żeby rozejrzeć się po mieście i to był strzał w dziesiątkę. W centrum trafiliśmy na pchli targ (udało nam się kupić kilka drobiazgów). Później pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda remont warownego zamku oraz Lillafured - dzielnica uzdrowiskowa z pałacem i ogrodem w dolinie górskiej, do której dojechaliśmy kolejką wąskotorową.

Transport na Węgrzech jest sprawny i punktualny.

Kuchnia. Trzy dania które na Węgrzech trzeba spróbować to: w knajpie - gulasz, na dworze - langosz, na deser - samloi galuska. To wszystko należy podlać winem :)

Termy. O Węgrzech można śmiało napisać, że są jednym wielkim gorącym źródłem. W samym Budapeszcie jest kilkanaście łaźni, a my wybraliśmy się do największej i najstarszej z nich - Szechenyi. Kąpielisko to mieści się w zabytkowym pałacu. Można zażywać kąpieli zarówno na świeżym powietrzu, jak i wewnątrz budynku, gdzie znajdują się liczne baseny, baseniki, sauny. Miskolc-Tapolca to jedyne w Europie kąpielisko jaskiniowe. Baseny z ciepłą wodą są umieszczone w kolejnych komnatach jaskini, a jednej z nich zrobione jest nawet małe planetarium. Byliśmy również w małym kąpielisku w Egerze, gdzie moczyliśmy się w gorącej wodzie o przenikliwie siarkowym zapaszku.

GALERIA