Tatry 2007

Była to nasza pierwsza wspólna wycieczka. Planowaliśmy spędzić kilka wrześniowych dni spacerując po pięknych jesiennych Tatrach. Zamiast tego mieliśmy okazję przekonać się jak kapryśna potrafi być pogoda w górach.

Przywitała nas piękna słoneczna pogoda, ale już następnego dnia nieprzyjemnie się ochłodziło i zaczęło padać. Mimo wszystko po zaopatrzeniu się w foliowe płaszczyki (wg mnie lepsze niż goretex i hydrotex razem wzięte) postanowiliśmy przespacerować się do schroniska Ornak, zaglądając przy okazji do jaskini Mroźnej i nad staw Smreczyński.

Trzeci dzień przywitał nas 15 cm świeżego puchu i lekkim mrozem. Nie zrażeni zadymką śnieżną ruszyliśmy w pierwszą zimową wyprawę. Dostosowaną do warunków atmosferycznych oczywiście. W praktyce sprawdziło się to do spaceru ścieżką pod reglami, a i tak udało nam się kompletnie zmoknąć. Nie muszę wspominać z jaką przyjemnością po powrocie na kwaterę napiliśmy się grzanego wina. W kolejnych dniach wieczorny kubek grzańca stał się naszą małą tradycją.

Czwartego dnia zdecydowaliśmy się wdrapać na ścieżkę nad reglami i iść nią tak daleko jak nas oczy poniosą. Już na samym początku tatrzańska pogoda pokazała nam na co ją stać. Dolinkami, które dzień wcześniej wydawały się być uśpione pod warstewką pierwszego śniegu, teraz płynęły rwące strumienie, a próby podejścia szlakami w górę z reguły kończyły się na zarwanych mostkach. Dopiero szlakiem na Przysłop Miętusi udało nam się wspiąć do Ścieżki nad Reglami. Dalej iść niestety już się nie dało. Ślady jedynej osoby która, dotarła tam przed nami, kierowały się do doliny Kościeliskiej. My też poszliśmy w tamtym kierunku. Na kwaterę wróciliśmy cali przemoczeni.

Dzień piąty poświęciliśmy na zwiedzanie Zakopanego i jego okolic. Przeszliśmy się do Schroniska na Hali Kondratowej, pustelni św Brata Alberta i klasztoru Albertynek.

Na koniec naszej przygody z Tatrami wybraliśmy się do doliny Chochołowskiej. Cel wyprawy był ambitny: wspiąć się na Wołowiec. Pogoda o dziwo była ładna, tzn. nie padało, więc schroniska w dolinie Chochołowskiej dotarliśmy w suchych butach. Po degustacji tamtejszej szarlotki ruszyliśmy w kierunku Grzesia, który ostatecznie okazał się celem wycieczki. Pogoda nam dopisywała, choć warunki były coraz trudniejsze. Mokry śnieg i woda płynąca szlakiem utrudniały wspinaczkę. Kiedy wyszliśmy ponad poziom lasu zaczęła nas otaczać mgła, która pod szczytem zrobiła się gęsta jak mleko. Na szczęście co jakiś czas mijaliśmy osoby schodzące w dół, więc po kilku wskazówkach udało nam się dotrzeć na szczyt. O jakichkolwiek widokach nie było mowy, za to herbata z termosu i gorzka czekolada była pyszna jak nigdy.

Kiedy następnego dnia rano jechaliśmy na dworzec PKP Tatry żegnały nas ślicznym słonecznym porankiem. Idąc w góry, szczególnie po za sezonem letnim bądźcie przygotowani na każde warunki.
Ps Kiedy dwa tygodnie później pojechałem do Zakopanego na szkolenie, w górach panowała już złota polska jesień. Stąd kilka słonecznych fotografii na końcu galerii.

GALERIA