Tajlandia 2010

Na początku Listopada, po prawie rocznych przygotowaniach, wyruszyliśmy na najdalszą z naszych dotychczasowych wycieczek. W ciągu miesiąca zwiedziliśmy Tajlandię i Wietnam.

Transport Do Tajlandii dolecieliśmy ukraińskimi liniami lotniczymi AeroSvit, które miały najkorzystniejszą ofertę. Ponadto nie musieliśmy się martwić falą strajków na zachodnioeuropejskich lotniskach.

Tajlandia ma dobrze rozwinięty transport lotniczy, kolejowy i autobusowy. Ze względu na duże odległości między miastami najczęściej korzystaliśmy z transportu lotniczego, a dokładnie z linii AirAsia - zasłużenie uważanych za najlepsze tanie linie lotnicze na świecie. Z Bangkoku do Chiang Mai przejechaliśmy nocnym pociągiem. Warunki w przedziale były zaskakująco dobre: czyste łazienki, klimatyzacja, siedzenia zamieniane w łóżka, dobry obiad. Warto też rozważyć skorzystanie z ofert biur podróży. Są bardzo sprawne dzięki czemu można zaoszczędzić sporo czasu.

Komunikacja lokalna zasługuje na oddzielny opis. Jest oryginalna i klimatyczna, już sama podróż autobusem może stać się przygodą. W Bangkoku można korzystać z taksówek i tuktuków (trzeba uważać na naciągaczy) oraz komunikacji miejskiej, choć zrozumienie rozkładu jazdy może zająć kilka tygodni. W Chiang Mai pojawiły się songthaewy. Są to półciężarówki z siedzeniami na pace. Jeżdżą po mieście bliżej nieokreślonymi trasami i zabierają pasażerów - o dziwo działa to bardzo sprawnie. Początkowo warto ustalać cenę za przejazd z góry.

Kuchnia Z przekonaniem możemy napisać, że Tajowie podnieśli gotowanie do rangi sztuki. Jedzą, a raczej podjadają bez przerwy i trudno im się dziwić - kuchnia tajska jest pyszna: bardzo pikantna i aromatyczna. Aby jej spróbować najlepiej oddalić się od turystycznych centrów, gdzie dania są dostosowane do kubków smakowych turystów i żywić się restauracjach, których głównymi klientami są Tajowie lub na ulicy (zapomnijcie o bhp, chilli wypali wszystko).

Bangkok przypomina wielki bazar (przynajmniej jego centrum poza które nie wychyliliśmy nosa). Ulice są wąskie, zdominowane przez skutery, brakuje chodników i zieleni miejskiej. W zamian za to spacerując co chwilę natykaliśmy się na kapliczki udekorowane kwiatami. Pełno jest ludzi (w tym naciągaczy, choć wiedzieliśmy że trzeba na nich uważać kilka razy daliśmy się im nabrać), zapachów, kolorów i odgłosów miasta. Wszystko to razem tworzy niepowtarzalną atmosferę wielkiej orientalnej aglomeracji. Lista miejsc, które trzeba odwiedzić nie ma końca, a składają się na nią bajeczne świątynie i pałace, jednak największą atrakcją Bangkoku jest jego atmosfera.

Do Chiang Mai dotarliśmy z Bangkoku nocnym pociągiem. Piąte co do wielkości miasto Tajlandii jest dużo spokojniejsze od stolicy. Niewielką starówkę otoczoną fosą można zwiedzić w jeden dzień, a największą atrakcją są wycieczki wokół miasta. Można m.in. wybrać się na kilkudniowy trekking, spłynąć górską rzeką, odwiedzić farmy słoni, parki narodowe, fabrykę parasolek. Warto też choć raz przejść się nocnym targiem. My mieliśmy szczęście zobaczyć uroczystości, które odbywały się na dziedzińcu jednej z świątyń. Wieczorem puszczane były lampiony, a w nocy kobiety szyły szaty dla mnichów.

Na Phuket, największej i niestety najbardziej komercyjnej wyspie Tajlandii, spędziliśmy prawie tydzień. Większość czasu nurkowaliśmy podziwiając rafy wokół małych wysepek. Tylko jeden dzień poświęciliśmy na wycieczkę do parku narodowego Khao Phra Thaew. Chcieliśmy zobaczyć prawdziwą tropikalną dżunglę. O dziwo sama podróż autobusem była o wiele ciekawsza niż to co zastaliśmy na miejscu. Dżungla okazała się gorąca, duszna, mokra, obślizgła, zbutwiała i pełna robactwa (zaznaczam, że w lesie spędziliśmy niecałą godzinę). Podsumowując liczba moskitów w metrze sześciennym z pewnością przewyższała ilość cząsteczek tlenu i prawdopodobnie dorównywała ilości pary wodnej. Więc jeśli chcecie zobaczyć dżunglę lepiej włączcie Discovery, a jeśli już musicie ją poczuć to dobrze się przygotujcie.

Opis naszej wycieczki jest wyjątkowo krótki w stosunku do tego co przeżyliśmy w Wietnamie i Tajlandii. Trudno byłoby jednak dzień po dniu opisać wszystkie nasze doświadczenia i przygody. Kiedyś śmieliśmy się z Japończyków, którzy jeżdżą po Europie i cykają tysiące zdjęć. My w Azji zachowywaliśmy się tak samo. Wszystko chcieliśmy zobaczyć, uwiecznić, spróbować.

Z Phuket wróciliśmy na kilka godzin do Bangkoku, ale tylko po to żeby spróbować straszliwie ostrej zupy Tom Yum (wszystkie tajskie zupy tak nazywam) i jeszcze ostrzejszych "pierożków" z nieznanym nadzieniem. Wieczorem odlecieliśmy do Sajgonu.

FILM   GALERIA   MAPA