Litwa

Na Litwę wybraliśmy się w maju 2008 roku. Zaplanowaliśmy sobie, że wciągu tygodnia odwiedzimy trzy miejsca. Po długich debatach, z użyciem argumentów niekoniecznie dyplomatycznych, zdecydowaliśmy się na Druskienniki, Wilno i Nidę (bardzo chcieliśmy zobaczyć morze). Poruszaliśmy się samochodem (biorąc pod uwagę cenę benzyny i stan litewskich dróg był to wybór całkowicie uzasadniony).

Dzień pierwszy wycieczki niemal w całości spędziliśmy w samochodzie. Do Druskiennik dojechaliśmy późnym popołudniem. Zameldowaliśmy się w małym hoteliku i ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Mimo że Druskienniki są trochę zaniedbane pierwsze wrażenie robią pozytywne. Jak to w uzdrowisku pełno jest zieleni oraz starych klimatycznych willi. Większość z nich została odnowiona i funkcjonuje jako sanatoria lub hotele. Niestety od czasu do czasu spotykaliśmy także zapuszczone i zniszczone domy oraz betonowe koszmarki. Po spacerze, aby się odprężyć, poszliśmy do aquaparku, który był reklamowany jako najlepszy w Europie (i jak to z reklamami bywa okazały się mocno przesadzone).

Drugi dzień pobytu rozpoczęliśmy od wycieczki rowerowej po parku leśnym otaczającym Druskienniki. Co krok natrafialiśmy na drewniane świątki. W okolicy jest pełno ścieżek, z których korzystają zarówno cykliści jak i spacerowicze. Rower można dostać na miejscu za niewielką opłatą, a wypożyczalnie znajdują się niemal za każdym rogiem. Po męczącej przejażdżce ruszyliśmy na degustację litewskiej kuchni. Spróbowanie blinów i kartaczy (nazywane też cepelinai) to absolutne minimum, już nie wspominam o miejscowych napitkach. Wieczór spędziliśmy spacerując po parku zdrojowym i wpatrując się w leniwie płynący Niemen.

Następnego dnia niespiesznie ruszyliśmy w dalszą podróż, tym razem w kierunku Wilna. Po drodze zaplanowaliśmy sobie dwa przystanki. Pierwszym, po przejechaniu całych siedmiu kilometrów, było muzeum Grutas. W parku o powierzchni 20 ha umieszczono pomniki i inne pamiątki ery radzieckiej. Wystarczy sobie wyobrazić ustawione rzędem setki pomników Dzierżyńskiego, Marksa, Lenina. Przystanek drugi to zamek w Trokach. Położony na wyspie na jeziorze Galve. Na miejscu można poznać jego burzliwą przeszłości oraz podziwiać odnowione mury i muzeum. Niedaleko Trok trafiliśmy na kępkę drzew, która okazała się polskim cmentarzem. W zasadzie w tej części Litwy dosyć często spotykaliśmy osoby mówiące po polsku. Późnym wieczorem, po godzinie błądzenia po Wilnie, udało nam się dojechać do kwatery na Śnipiszkach (http://www.fotowilno.com).

Dzień czwarty Poświęciliśmy na zwiedzanie Wilna. Starówka wileńska jest równie wielka co piękna. Próba wybrania kilku ciekawych miejsc nie ma sensu. Najlepszym sposobem na zwiedzenie jej jest zagłębić się w brukowane uliczki i odkrywać wciąż nowe miejsca. Warto też przejść się do republiki Zarzecza, utworzonej w 1997 roku przez artystów oraz obejrzeć panoramę miasta z wieży zamkowej. Mówi się, że w Wilnie, gdziekolwiek nie spojrzysz, zobaczysz co najmniej trzy wieże kościołów - sprawdziliśmy. Kolejnego dnia czekała nas długa podróż nad morze.

Dzień piąty wypada rozpocząć od pochwał nad litewskimi drogami. Tuż za Wilnem wjechaliśmy na autostradę, a zjechaliśmy z niej na rondzie w Kłajpedzie. Największym portowym mieście Litwy, z niedużą zadbana starówką i widocznymi wpływami niemieckimi w architekturze. Po zwiedzeniu miasta i wycieczce na molo przeprawiliśmy się promem na mierzeje Kurońską. Wylądowaliśmy w miejscowości Smiltyne na południowym krańcu mierzei, w której znajduje się oceanarium. Można w nim zobaczyć, jeśli się jest dostatecznie wcześnie, pokazy z delfinami. My niestety przyjechaliśmy dosyć późno i musieliśmy zadowolić się innymi stworzeniami. Droga z Smiltyne do Nidy zajęła nam około godziny. Wieczorem mieliśmy jeszcze czas na krótki rekonesans, a ja (w ubraniu) pierwszą w tym roku kąpiel w morzu.

Nida okazała się przepięknym małym miasteczkiem, na samym końcu Litwy położonym w bajkowej scenerii (choć w sezonie letnim zamienia się w turystycznego molocha). Pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się na Niedźwiedzią Górę, która w rzeczywistości jest szczytem wydmy "wiszącej" nad miastem. Roztaczał się z niej przepiękny widok z jednej strony na morze Bałtyckie, z drugiej na zatokę. Niedaleko wydmy znajdowała się latarnia morska, na którą niestety nie udało nam się wejść. Popołudniu zwiedziliśmy górę czarownic w Juodkrante. Artyści wykonali tam ponad 80 rzeźb przedstawiających postacie z litewskich baśni. Muzeum to należy zwiedzać obowiązkowo z przewodnikiem, który opowiada historie związane z kolejnymi bohaterami. Wieczór spędziliśmy oglądając zachód słońca na plaży w Nidzie.

Jubileuszowy siódmy dzień naszej wycieczki na Litwę spędziliśmy na rowerach. Począwszy od Nidy, wzdłuż całej mierzei kurońskiej, ciągnie się ścieżka rowerowa (która jest częścią Nadmorskiego Szlaku Rowerowego). Wiedzie malowniczymi lasami i brzegiem morza, prowadząc przez kilka miejscowości turystycznych. My postanowiliśmy przejechać się do Parnidzkiej wydmy (tu znów powinienem opisać piękno krajobrazu i przyjemność chodzenia po rozgrzanym piasku). Wieczorem przeszliśmy się na pożegnalną kolacyjkę i wcześnie wróciliśmy do łóżka. Następnego dnia czekała nas długa podróż powrotna.

GALERIA