Liptovsky Mikulas 2009

Była połowa marca 2009 kiedy doszliśmy do wniosku, że miło byłoby zobaczyć jeszcze trochę śniegu. Szybko zerknęliśmy na prognozy pogody i wybraliśmy najzimniejsze miejsce na mapie - Liptowski Mikułasz. Przygotowaliśmy się na tydzień białego szaleństwa (pogoda zafundowała nam dwa dni), zapakowaliśmy samochód i ruszyliśmy na południe. Podróż zajęła nam około 9 godzin, ale dopiero ostatni fragment, ośnieżona górska droga przed Mikułaszem, dostarczył nam niezapomnianych wrażeń.

Na miejscu pojawiliśmy się w sobotę wieczorem. Szybko się rozpakowaliśmy i ruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta. Sam Mikułasz jest całkiem przyzwoitym zadbanym miasteczkiem, niestety pod koniec sezonu nie oferował zbyt wielu rozrywek. Spora część restauracji i większa część sklepów (weekend) była pozamykana (warto zrobić zakupy przed przejechaniem granicy).

Ale już następnego dnia ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Obejrzeliśmy sobie okoliczne wyciągi i pospacerowaliśmy po pobliskich ścieżkach. Przepiękna pogoda zachęcała do założenia nart, ale na razie woleliśmy nacieszyć się śniegiem i pięknymi widokami.

Drugiego dnia wybraliśmy się zobaczyć Szczyrbskie Pleso. Niemal pod same jezioro dojechaliśmy samochodem i po krótkim spacerze doszliśmy na miejsce. Widok, który zobaczyliśmy, zapierał dech w piersiach. Tylko budowane pensjonaty szpeciły brzeg zamarzniętego jeziora. Jak tylko obfotografowaliśmy każdy większy kamień w okolicy, wypożyczyliśmy narty i ruszyliśmy pobiegać po jeziorze. Jako totalni amatorzy solidnie się namęczyliśmy zanim udało nam się opanować technikę jazdy, ale było warto. Na kwaterę wróciliśmy półprzytomni. Niestety był to ostatni dzień zimy w górach, zaczęło padać.

Trzeciego dnia aby uciec przed deszczem zdecydowaliśmy zwiedzić Demianowską Jaskinię Wolności. Wejście do jaskini było dość drogie (już nie wspominając o 5 euro, które zapłaciliśmy za parking). Za to po kilku minutach w środku jaskini zapomina się o świecie. Jest ogromna, sama trasa wycieczkowa ma około kilometr długości i ponad sto metrów różnicy wysokości, a jej dnem płynie podziemna rzeka. Wieczór spędziliśmy taplając się w basenach Tatralandi, którą zdecydowanie polecamy. Można spędzić tam całe godziny. Mają sporo zjeżdżalni i baseny na świeżym powietrzu czynne także zimą, z których podobno przy ładnej pogodzie rozpościera się piękna panorama Tatr.

Czwartego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do Starego Smokowca. Po drodze zwiedziliśmy Poprad. Oba miasta są ładne i zadbane, ale zwiedzać je należy raczej "przy okazji". Stary Smokowiec jest dobrym punktem wypadowym do wycieczek w góry, niestety pogoda pozwoliła nam tylko na krótki spacer do punktu widokowego nad miastem.

Kolejny dzień poświęciliśmy na wycieczkę do Ziarskiej chaty. Jest to schronisko położone (jak nazwa wskazuje) w Ziarskiej dolinie. Trasa do schroniska jest łatwa, ale pozwoliła nam poczuć znowu góry, a w wyższych partiach zobaczyć śnieg. Podczas spaceru mijaliśmy sporo ludzi targających wszelakiego rodzaju sprzęt zjazdowy. My niestety na to nie wpadliśmy. W powrotnej drodze to oni nas wyprzedzali pędząc na nartach, sankach, deskach (5 km zjazdu - marzenie).

Ostatniego dnia pobytu na Słowacji postanowiliśmy się zwiedzić ruiny zamku Sielnickiego. I tu znów plany pokrzyżowała nam pogoda. Wiosenne roztopy uniemożliwiły jakąkolwiek wędrówkę po górach. Za to po drodze natknęliśmy się na gorące źródło. Może nie zachęcało zapachem, ale i tak skusiliśmy się na kąpiel, którą przypłaciłem solidną wysypką. W drodze powrotnej zajechaliśmy do parku wodnego w Beszenowej. Tam mogliśmy się popluskać w bardziej komfortowych warunkach.

Kuchnia słowacka jest całkiem niezła, ale tym razem nie będziemy o niej wspominali. Dość, że ostatniego dnia się solidnie zatruliśmy. Nawet teraz na wspomnienie bryndzowych halusków przechodzą mnie ciarki.

GALERIA